Opowiadania

Bomba (wersja audio -audiobook)

Opowieść wigilijna (fragment)

…Nagle zrozumiałem. Drzewko obrażone i nadąsane, jak porzucona kobieta, leżało pozornie martwe i obojętne. Wystarczył energiczny ruch ręką, otrząsnęło się i nabrało dawnego wigoru. Krok, drugi, trzeci. Coś jednak dzieliło nas murem zazdrosnej obcości. Na przekór sobie, choć zupełnie tak jak należy w tym dniu, tachałem ten głupi wiecheć. Ten tani wyświechtany symbol rzeczy tak odległych, że aż śmiesznych. Tymczasem nieopodal jakaś workowata postać zamaszyście waliła w szaro-bury dywan. Zakląłem cicho pod nosem. Kląłem od niedawna. Odrzuciłem skrupuły kiedy przestałem wierzyć w te brednie o grzechach i sądzie. Byłem wolny. Ulica Pusta była ślepa (zresztą, może było zupełnie odwrotnie). Musiałem zawrócić. Rozglądałem się za jakimś śmietnikiem. Bęcwał uśmiechał się idiotycznie i chyba kpiąco. Wokół cisza, dzieciaki znikły. Poczułem jak rośnie i tężeje we mnie fala nagłej determinacji. Przyspieszyłem kroku. Chwilę później mierzyliśmy się oko w oko, nos w marchewkę, usta w sznurówkę, miotła w choinkę. Ja w niego – on we mnie. Czułem jak pot występuje mi na czoło. Zebrałem się w sobie i patrzyłem. Patrzyłem i patrzyłem, jakbym chciał nieszczęśnika roztopić ogromem mojego patrzenia. Ale im bardziej patrzyłem, tym bardziej topiłem się ja. Pot zalewał mi oczy, patrzeć dalej było niepodobieństwem – albo coś zrobię, albo przegram z kretesem. Stał, jedna na drugiej, kulami swoimi wciskając się w siebie, w śnieg wrośnięty, jak gdyby chciał staniem tym przygwoździć ulotną zwykle uwagę przechodnia. Staniem strasznym zaskoczyć, zastanowić, utwierdzić wszelką ulotność chimeryczną, nietrwałą, która się nie ostoi w zestawieniu z tą stałością zastałą, statyczną, brzemienną. Była w tym staniu jakaś skrajność, jakaś ostateczność i rozpęczniała buta istnienia ewidentnego, na wskroś namacalnego, niepodważalnego, na jaką stać tylko niepomijalny i ważny wielki KONKRET. Przecie niedawno zmaterializowany, choć świeżo na świecie, dopiero chwilę, już okrzepły w blaszanym hełmie na łbie i z włochatą miotłą. Puszył się butnie swoim marnym stanem, jakby to było nie wiadomo co. Jakby był królem rzeczy, jak żołnierz materii z misją zbawczą, ten śniegowy przechrzta – bałwani misjonarz. Parsknąłem śmiechem. Bałwan epatował swą śnieżnobiałą kulistością, kłuł w oczy marchewkowym nosem, drażnił niemym śmiechem, prowokował bezruchem. Bałwańskością swoja niewymuszoną, niepodważalną obezwładniał, rozmiękczał, tłamsił. Czułem jak mnie upodabnia, bałamuci, zbałwania. Jak ja naprzeciw niego bałwanieję dobrowolnie i cicho. Jak bałwanieję dobrowolnie, chcąc jak on idealnie, być niewymuszenie sobą – jak najnaturalniej i nieodwołalnie. Wyzuwałem się z siebie, by się wśliznąć w bałwańską bezpretensjonalność w byciu sobą, w siebie się wciskaniu aż do zapadnięcia. Miażdżeniu sobą, siebie odciskaniu. To właśnie sprawi, że zaważę – tego było mi brak i tu moja słabość – w owym rozrzedzeniu. Ależ to był Bóg Konkretu – to właśnie był mój wróg największy. Jego Bałwańskość miłościwie mi królująca, Niepodważalność Kulista KONKRETU. Jakże byłem ślepy, jakże zaślepiony, iż mogłem siebie doprowadzić, dopuścić do takiego zbałwanienia. Zamachnąłem się potężnie! Biała głowa rozsypała się prawie bezszelestnie. Gar potoczył się aż na ulicę z brzękiem. gdzieś nieopodal rozszczekał się histerycznie pies. Zachłysnął się jak śmiechem i nagle ucichł. Natarłem ponownie. Druga kula stawiła większy opór. Była już przymarznięta i cięższa. Tam, w środku gdzieś, musiała skrywać się NIESKOŃCZONOŚĆ. Wżarłem się rękami w lodowate wnętrze, rwałem je pazurami, darłem aż do bólu – bez skutku. Nic tylko śnieg zbity, stary, uleżany śnieg. Cofnąłem się dwa kroki i rozpędem skoczyłem z góry. Opanowała mnie furia niszczenia! Skakałem i deptałem niczym obłąkany. Wkrótce ze stratowanego śniegu wystawała tylko marchewka. Marchewka! Ależ byłem zaślepiony. Marchewka, zwykła marchewka! Zniszczyłem, zburzyłem, zbezcześciłem konkret. Burząc – jedynie w ten sposób, wydawało mi się – potrafię sprowokować ideał, by się w końcu objawił. Czułem się potwornie, w głowie mi huczało, puls przyspieszał, pojawiły się dreszcze i pierwsze uderzenia rosnącej gorączki. Ciało me rozpalone i mokre ogarniał drążący na wskroś paniczny niepokój. Gorączka rosła niewątpliwie, lecz czułem, że nie ma dla mnie żadnego wytchnienia. Droga wiodła pod górę, przyspieszyłem kroku. Coś mnie gnało. Prędzej! Wbiegałem na szczyt góry, której nazwę znałem. Była to góra mego niespełnienia. Zleżałych, obumarłych od dawna idei, które mnie uwodziły i więziły przez lata. Byłem na cmentarzysku, gdzie jedna na drugiej spoczywały chwile. Chwile puste – chwile nieistnienia. Byłem już stracony, a przecież w moje całkiem nowe siły wstępowały. Jakby wolny od dawnej słabości, wreszcie mogłem stawać od nowa do boju. W głowie kołatała się jedna myśl – naprawić! Naprawić, za wszelką cenę naprawić. Czułem jak całe moje ciało młodnieje i wypełnia się niespotykaną energią. Ruchy stały się pewne i sprężyste. Myśl jasna i szybka. Wszystko tętniło szaleńczym rytmem. Jakby próbując nadrobić stracony czas, gnałem na oślep przed siebie, szukając pierwszej nadarzającej się okazji do uczynienia dobrego uczynku. Zżerała mnie nagła żądza czynienia rzeczy niezaprzeczalnie dobrych. Nagle zacząłem żyć na dwieście procent. Każdy ułamek sekundy tętnił wykorzystaniem. Byłem pochłonięty przez dobro, dobru przeznaczony
i szczerze oddany. Rozpoczęło się szaleńcze spalanie. Płonąłem gwałtownie, niepohamowanym ogniem, który rozsadzał me piersi i palił skronie. Byłem opętany i niecierpliwy, dusza moja domagała się uczynków totalnych. Pędziłem na oślep, szepcząc bezwiednie dziwaczną modlitwę bez słów, jedynie jakimiś niedoartykułowanymi zgłoskami żebrząc o litość, gryząc język do krwi, na wylot, na wskroś, byle tylko zdążyć odkupić zło i zbawić umęczoną mą duszę – gdy nagłe przed oczyma zamajaczyła mi grupka ludzi. Wtedy właśnie się poślizgnąłem. Leżałem nieruchomo. Czułem, że życie powoli uchodzi ze mnie. Leżałem, czułem, lecz było mi wszystko jedno, nie zależało mi na sobie już zupełnie. Wszytko jedno, niech wreszcie się stanie, co z tego, świat nawet nie zauważy, poradzi sobie pewnie lepiej beze mnie. Nic już nie jest w stanie mnie tu uratować! Po pół godzinie leżenia w półletargu, nagle wydało mi się, że coś usłyszałem. Gdzieś pode mną jakiś szelest, szmer coś nieokreślonego, a jednak nie dającego spokoju. Wgryzłem się dłońmi w masę śniegu nieco rozmiękczonego odwilżą. Po chwili wokół bryzgały białe grudki, które jeszcze niedawno bałwanem były, a teraz zmieniały się w bezładne sterty śnieżnej breji. Trzeba mi było ruchu nawet absurdalnego, ruchu na przekór bezruchowi, który więził i dławił. Czemu tak gorliwie kopałem, co mnie tu napadło? Co kazało drążyć? To był impuls, nakaz chwili, jakiś wewnętrzny imperatyw zrodzony z ekstremum sytuacji granicznej. Tak bywa wszak czasem, kiedy to instynktownie rzucamy się na oślep w któraś stronę, choć nic nie wskazuje nam drogi. Kiedy mamy ten rodzaj ufnej, olbrzymiej pewności w siłę opatrzności, która zmusza nas tam właśnie podążać. Tak było tym razem! Trwało to dobre dziesięć minut. Rękawy dawno stały się mokre od zanurzania w śnieżnej masie, skóra paliła w kontakcie ze śniegiem, lecz nie zważając na nic parłem naprzód. W końcu dotarłem do gołej ziemi. Tu i ówdzie poczęły wystawać kępki żółto-zielonej niegdyś trawy, porastającej trawnik wokół szkoły. Postanowiłem nieco odpocząć i usiąść. Brakowało mi tchu. Wyraźnie poddałem się bowiem jakiejś rozpaczliwej iluzji, uległem swoistej psychozie na skutek zmęczenia i strachu. Może to gorączka rozpaliła mnie do tego stopnia, że działałem bezładnie i na ślepo. Usiadłem, a śnieg dopasował się do mnie, czyniąc siedzenie czynnością niezwykle przyjemną. Cisza! Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Uniosłem głowę. Gwiazdy lśniły matowym blaskiem na nieboskłonie grudniowego nieba. Noc miała pewnie właśnie swoje apogeum i byłoby bajecznie, gdyby nie owa marność nad marnościami we mnie i fiasko poszukiwań. Pomimo rozpaczliwego paroksyzmu w celu zbawienia duszy i odnalezienia siebie, byłem oto zmoczony, zrozpaczony i całkowicie zrezygnowany. Wszystko na nic! Beznadziejność mej sytuacji znów dała znać o sobie. Nie mogłem absolutnie nic zrobić, by wydobyć się ze stanu tego wewnętrznego potępienia. Spuściłem głowę, powoli zaczynałem drzemać. Mogła być druga, albo trzecia w nocy, gdy nagle usłyszałem coś. Niby nic, ale w stuporze nocnej ciszy wydało się, że to jednak było coś z pewnością. Niewyraźnie, trudne do określenia coś. Zamarłem w nasłuchiwaniu. Złudzenie. Kolejne tej nocy, ileż ich dotąd doświadczyłem. Miałem gorączkę, więc mogło mi się wydawać. To nic być mogło, nie coś, lecz nic właśnie – myślałem zrezygnowany. Wtem jakby ponownie i znów coś zabrzmiało. Przystawiłem głowę do ziemi. Bzzz! Tak! Wyraźnie: bzzzz! Coś bzyczało. Tym razem usłyszałem wyraźnie. Coś, ponad wszelką wątpliwość (o, jakże trzeba mi było tej nocy pewności pod jakąkolwiek postacią!) Coś bzyczało. Powoli począłem przekładać grudki śniegu z lewej na prawą stronę, wpatrując się w ziemię. Nagle ręka moja natrafiła na coś białego. Chwyciłem oburącz niczym zdobycz na łowach…